W tym roku udało mi się przygotowania przedświąteczne zaplanować tak,
że nie musiałam już w Wigilię jechać do żadnego sklepu. Ale mąż wybrał
się po świąteczne rarytasy dla swoich pupilków mieszkających w
akwarium. Co jakiś czas rozpuszcza ryby kupując im żywe świerszcze.
Kiedy świerszcze zostały ulokowane w wiaderku, z trawą i liśćmi, mąż
zabrał Smyka na spacer a ja mogłam dokończyć przygotowania do świąt.
Krzątając się po kuchni słuchałam kolęd, i nie zwróciłam uwagi na inny
koncert, który rozpoczął się w pokoju.
Kiedy moje chłopaki wróciły ze spaceru, wszystko było gotowe, żeby
zasiąść do stołu. Jeszcze tylko panowie przebrali się i już składaliśmy
sobie życzenia. A wtedy skończyła się ścieżka dzwiękowa odtwarzanej
płyty. Złożyliśmy sobie życzenia, przełamaliśmy się opłatkiem,
zasiedliśmy do stołu i dotarło do nas, że cały czas towarzyszyła nam
muzyka, choć nie ta z płyty. Muzyka, kojarząca siię z letnim, ciepłym
wieczorem - koncert wygrywany przez świerszcze.
I grały nam te świerszcze cały wieczór, i jeszcze długo w noc, a my zasypialiśmy przy dźwiękach tej niecodziennej kołysanki.
Całe święta upłynęły nam przy blasku światełek na choince, ognia w kominku i muzyce świerszczy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Okruchy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Okruchy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 31 marca 2018
Piernikowe ludziki (2010-12-13)
Wszystki zaczęło się od papierowego ludzika z piernika, którego
dzieci dekorowały skrawkami papieru i wstążki w przedszkolu. Smyk
zachorował na prawdziwego dżindżer bred mena, i zaczął mi wiercić dziurę w brzuchu, a w takich wypadkach Hultajstwo jest bardzo skuteczne.
Ponieważ nie mogłam doszukać się foremki do wykrawania ludzików, upiekliśmy zwykłe ciasteczka, do wykrawania których użyliśmy wszystkich foremek jakie znaleźliśmy w domu, łącznie z tymi do wykrawania zwierzątek z plasteliny (najpierw je porządnie wymyłam).
Smyk miał zabawę, że hej! Podsypywał mąkę, rozbijał jajka, podawał wałek, a potem wycinał i wycinał. A potem smarował białkiem i dekorował. Napiekliśmy furę ciasteczek. Nawet kilka zjadł, ale zdecydowanie w tym wszystkim chodziło głównie o dekorowanie, a nie o jedzenie. Na zdjęciu poniżej fotorelacja z pieczenia i główny winonwajca (papierowy ginger bread man w towarzystwie ostatniej róży z ogródka).
Dwa dni później temat pierników powrócił. Bo przecież nie upiekliśmy tego ludzika z piernika! Więc całe pieczenie sprzed dwóch dni nie liczy się. Ponieważ tego dnia mieliśmy już foremkę, wyciągnęłam stolnicę, potrzebneskładniki i upiekliśmy następną porcję ciasteczek, teraz według przepisu dołączonego do foremki. Ale znowu nie były to pierniki, głównie z powodu nieobecności męża w domu - siła jego mięśni była konieczna do wrobienia ciasta.
Co ciekawe, mężowi bardziej smakowały pierwsze ciasteczka, a drugie, jego zdaniem, nie nadawały się do jedziena. Wyniesione do pracy, to te drugie właśnie wzbudziły zachwyt. Myślę, że szczery, sądząc po tempie w jakim znikły.
Pod rugim podejściu musiałam uzupełnić zapasy mąki i cukru, a w sobotę zakasałam rękawy i zabrałam się ponownie za pieczenie. Wszystkie składniki, spożywcze i ludzkie, były na miejscu, więc tym razem piekliśmy już pierniczki.
Przepis znalazłam na blogu Prowincjonalnej Nauczycielki (w komentarzach w tym wpisie). Kiedy oświadczyłam mężowi, że ma umyć ręce i pomóc mi wyrabiać ciasto, bo tak jest napisane w przepisie, spojrzał na mnie jak na wariatkę. Ale ja szybciutko podsunęłam mu pod nos kartkę, a tam jak byk stoi:
A potem zostało już tylko wałkowanie, wycinanie, pieczenie... Tym razem Smyk stracił zainteresowanie dość szybko, więc jest nadzieja, że więcej ciasteczek przed tymi świętami już nie będziemy piec.
Kiedy już wszystkie pierniczki zostały upieczone, a było tego sporo, udekorowaliśmy kilka.
I tak w końcu dziecko doczekało się swoich ludzików z piernika (koniecznie udekorowanych tak jak na obrazku dołączonym do foremki):
Poza ludzikami mamy też serca, gwiazdki, choinki, bałwanki, koniki, laski, skarpety i ludziki-dzidziusie.
Do ich dekoracji użyliśmy żel cukierniczych w tubce.
Część pierników posmarowałam dość grubą warstwą gorzkiej czekolady rozpuszczonej z dodatkiem mleka:
Ponieważ było już późno a żel i czekolada jeszcze nie wyschły, udekorowane pierniki zostawiłam na noc na stole, pozostałe schowałam do szczelnego pojemnika, zgodnie z przepisem.
Jakie było moje zdumienie następnego poranka, kiedy okazało się, że pierniki są miękkie! A przecież miały kruszeć przez dwa tygodnie szczelnie zamknięte! No to już wiadomo co jedliśmy na śniadanie w ten niedzielny poranek.
Do wieczora pierniki były jeszcze miększe, a dzisiaj rano wprost rozpływały się w ustach! A te w pojemniku - nadal twarde.
A te posmarowane czekoladą smakują jak Katarzynki, które tutaj są nie do kupienia, a które UWIELBIAM - no to sobie możecie wyobrazić...
Ponieważ nie mogłam doszukać się foremki do wykrawania ludzików, upiekliśmy zwykłe ciasteczka, do wykrawania których użyliśmy wszystkich foremek jakie znaleźliśmy w domu, łącznie z tymi do wykrawania zwierzątek z plasteliny (najpierw je porządnie wymyłam).
Smyk miał zabawę, że hej! Podsypywał mąkę, rozbijał jajka, podawał wałek, a potem wycinał i wycinał. A potem smarował białkiem i dekorował. Napiekliśmy furę ciasteczek. Nawet kilka zjadł, ale zdecydowanie w tym wszystkim chodziło głównie o dekorowanie, a nie o jedzenie. Na zdjęciu poniżej fotorelacja z pieczenia i główny winonwajca (papierowy ginger bread man w towarzystwie ostatniej róży z ogródka).
Dwa dni później temat pierników powrócił. Bo przecież nie upiekliśmy tego ludzika z piernika! Więc całe pieczenie sprzed dwóch dni nie liczy się. Ponieważ tego dnia mieliśmy już foremkę, wyciągnęłam stolnicę, potrzebneskładniki i upiekliśmy następną porcję ciasteczek, teraz według przepisu dołączonego do foremki. Ale znowu nie były to pierniki, głównie z powodu nieobecności męża w domu - siła jego mięśni była konieczna do wrobienia ciasta.
Co ciekawe, mężowi bardziej smakowały pierwsze ciasteczka, a drugie, jego zdaniem, nie nadawały się do jedziena. Wyniesione do pracy, to te drugie właśnie wzbudziły zachwyt. Myślę, że szczery, sądząc po tempie w jakim znikły.
Pod rugim podejściu musiałam uzupełnić zapasy mąki i cukru, a w sobotę zakasałam rękawy i zabrałam się ponownie za pieczenie. Wszystkie składniki, spożywcze i ludzkie, były na miejscu, więc tym razem piekliśmy już pierniczki.
Przepis znalazłam na blogu Prowincjonalnej Nauczycielki (w komentarzach w tym wpisie). Kiedy oświadczyłam mężowi, że ma umyć ręce i pomóc mi wyrabiać ciasto, bo tak jest napisane w przepisie, spojrzał na mnie jak na wariatkę. Ale ja szybciutko podsunęłam mu pod nos kartkę, a tam jak byk stoi:
"Postaw silnego chłopa przy stolnicy i niech teraz zagniata, zagniata, zagniata... aż powstanie jednolita masa."
No to co miał chłopina zrobić? Grzecznie umył łapki i zagniatał. A my
ze Smykiem siedzieliśmy po obu stronach stołu i grzecznie pomagaliśmy
podsypując mąkę (potu z czoła nie trzeba było ocierać). Cisnęły mi się
na usta różne komentarze, ale ugryzłam się przezornie w język, bo
jeszcze kiedyś dobrze by było skorzystać z siły jego mięśni...A potem zostało już tylko wałkowanie, wycinanie, pieczenie... Tym razem Smyk stracił zainteresowanie dość szybko, więc jest nadzieja, że więcej ciasteczek przed tymi świętami już nie będziemy piec.
Kiedy już wszystkie pierniczki zostały upieczone, a było tego sporo, udekorowaliśmy kilka.
I tak w końcu dziecko doczekało się swoich ludzików z piernika (koniecznie udekorowanych tak jak na obrazku dołączonym do foremki):
Poza ludzikami mamy też serca, gwiazdki, choinki, bałwanki, koniki, laski, skarpety i ludziki-dzidziusie.
Do ich dekoracji użyliśmy żel cukierniczych w tubce.
Część pierników posmarowałam dość grubą warstwą gorzkiej czekolady rozpuszczonej z dodatkiem mleka:
Ponieważ było już późno a żel i czekolada jeszcze nie wyschły, udekorowane pierniki zostawiłam na noc na stole, pozostałe schowałam do szczelnego pojemnika, zgodnie z przepisem.
Jakie było moje zdumienie następnego poranka, kiedy okazało się, że pierniki są miękkie! A przecież miały kruszeć przez dwa tygodnie szczelnie zamknięte! No to już wiadomo co jedliśmy na śniadanie w ten niedzielny poranek.
Do wieczora pierniki były jeszcze miększe, a dzisiaj rano wprost rozpływały się w ustach! A te w pojemniku - nadal twarde.
A te posmarowane czekoladą smakują jak Katarzynki, które tutaj są nie do kupienia, a które UWIELBIAM - no to sobie możecie wyobrazić...
piątek, 30 marca 2018
Urodziny mamy (2010-04-08)
8 kwietnia to urodziny mojej mamy.
Odeszła 9 lat temu.
Ciągle mi Jej brak.
W miarę upływu czasu, brak mi Jej coraz bardziej.
Walentynki (2010-02-16)
Na zajęciach w przedszkolu dzieci robiły kartki walentynkowe dla rodziców.
Smyk wręczył mi tę wykonaną przez siebie w piątek, kiedy Go odbierałam:
Prawdziwa niespodzianka czakała w środku.
I nie chodzi mi o to, że imię moje dziecko napisało własnoręcznie, bo tym zaskoczył mnie już jakiś czas temu.
Chodzi mi raczej o to jak to imię zostało napisane.
Jak widać na zdjęciu, Hultajstwu zabrakło miejsca na napisanie
całego, dość długiego imienia, więc przeniósł resztę do linijki powyżej,
kontynuując pisanie od prawej strony do lewej.
Chwilę musiałam się temu przyjrzeć, zanim załapałam tę smykową metodologię.
A róże, jak łatwo się domyślić, to prezent od męża.
Wzruszenie (2009-12-16)
Ostatnio listonosz przynosi nam sporo przesyłek winnych niż zwykłe listy.
Większość z nich zawiera upominki dla Smyka, co jest szalenie miłe, tym bardziej, że prezenty te są niespodziewane.
Wczoraj listonosz dotarł do nas dość późno, było już ciemno, ale za to JAKI prezent nam przyniósł!
Pomimo adresu wydrukowanego na naklejce, dość szybko zorientowałam
się, że to od mojego brata - formularz celny wypełnił własnoręcznie,
więc bez sprawdzania nadawcy z tyłu koperty wiedziałam od kogo ta wielka
szara koperta.
A w środku - aż mi mowę odjęło, kiedy zobaczyłam. Polały się łzy wzruszenia.
W środku był kalendarz, a każdy miesiąc ozdobiony zdjęciami: trochę Smykowych, kilka fotografii brata, kilka starych zdjęć, jak choćby to sprzed lat ponad trzydziestu przedstawiające mnie i brata na balu karnawałowym w przedszkolu:
Ależ mnie ten mój kochany brat zaskoczył! I nawet kartkę świąteczną
dołączył - wypisaną własnoręcznie! Ci, którzy znają Kubę wiedzą, że do
pisania kartek nie jest skory, woli zadzwonić, co z resztą czyni dość
regularnie.
Boję się tylko, że od tego ciągłego przeglądania kalendarz "zużyje się" zanim zacznie się ten nowy rok...
Dzień Matki (2009-05-08)
W przedszkolu, pod okiem pań, dzieci przygotowały prezenty dla swoich mam - w najbliższą niedzielę obchodzimy tutaj Dzień Matki.
W tym roku, zamiast typowej laurki, dostałam od Smyka takie coś:
Smyk sam nakleił literki tworzące wyraz „MOM" , pani jedynie wskazała Mu w jakiej kolejności.
Pod wyrazem „MAMA" - wierszyk:
A na wierszyku odbicie dłoni Smyka. Słodkie, prawda?
W tym roku, zamiast typowej laurki, dostałam od Smyka takie coś:
Smyk sam nakleił literki tworzące wyraz „MOM" , pani jedynie wskazała Mu w jakiej kolejności.
Pod wyrazem „MAMA" - wierszyk:
Sometimes you get discouraged
Because I am so small
And always leave my fingerprints
On furniture and walls.
But every day I'm growing -
I'll be grown some day
And all those tiny handprints
Will surely fade away.
So here's a little handprint
Just so you can recall
Exactly how my fingers looked
When I was very small.
Wolne tłumaczenie:
Czasami się zniechęcasz
Bo jestem taki mały
I ciągle zostawiam odbicia paluszków
Na meblach i ścianach.
Ale rosnę z każdym dniem
I pewnego dnia dorosnę
A te wszystkie maleńkie ślady
Z pewnością znikną
Oto więc małe odbicie rączki
Żebyś pamiętała
Dokładnie jak wyglądały moje paluszki
Kiedy byłem bardzo mały.
A na wierszyku odbicie dłoni Smyka. Słodkie, prawda?
czwartek, 29 marca 2018
Wspomnienie (2008-06-18)
To mama nauczyła mnie robić na drutach.
Na zdjęciu - moja mama z dowodem rzeczowym w dłoniach. Dwa pozostałe dowody na latoroślach obok: mój młodszy brat w czerwonym sweterku wydzierganym przez mamę oraz ja, także w sweterku mamy produkcji.
Zdjęcie zrobione u babci, rok 1980, może 1981, niestety nie ma adnotacji na odwrocie.
Skakanka (2008-06-05)
Porządkując szafy znalazłam skakankę.
Napłynęły wspomnienia z dzieciństwa.
W wieku 5-7 lat skakałam z mamą na skakance.
Która więcej, dłużej, do skuchy (tak to się chyba nazywa).
Moja mama miała niezłą kondycję, przeskakiwała po kilkaset razy!
Ja nie byłam dużo gorsza, w przeciwieństwie do teraz.
Wyszłam ze skakanką na taras.
Wymiękłam po 50 podskokach...
Urodziny, dzień radosny, pełen słońca, woni wiosny. (2008-03-10)
W sobotę skończyłam 35 lat.
Tak, w dzień kobiet.
Nie, nie wpadłam z powodu cyferki w żadną depresję.
Tak
jak w tym urodzinowym wierszyku, w sobotę pachniało piękną wiosną. W
niedzielę z resztą też, było prawie plus 20 stopni i piękne słonko (w
przeciwieństwie do tego co widziałam w TV co się działo na wschodnim
wybrzeżu).
W sobotę rano, jak już to sobie wcześniej
zaplanowałam, wysłałam męża na zakupy a ja ze Smykiem pojechaliśmy do
mojego ulubionego ogrodu rododendronowego. Nie byłam tam od miesiąca i
bardzo byłam ciekawa co teraz kwitnie. Dotarliśmy tam zanim jeszcze
wyschła rosa i nadciągnęli inni spacerowicze. Nie zawiodłam się - było
pięknie.
Nie mogłam zdecydować, które zdjęcie tu zamieścić, ale niech będzie to, a reszta - wiadomo gdzie.
Kilka dni przed urodzinami zaczęły przychodzić kartki z życzeniami:
Za wszystkie życzenia przysłane i tą tradycyjną pocztą, i
elektroniczny - bardzo dziękuję. To miło wiedzieć, że mimo odległości i
nikłej szansy ponownego spotkania, ktoś ciągle jeszcze o mnie pamięta.
Nie
obyło się bez milutkich niespodzianek. Najpierw tuż przed urodzinami
dostałam przesyłkę od Splocika, która wiedziała, że jestem Rybką, ale
nie wiedząc KIEDY dokładnie mam urodziny, wysłała przesyłkę w ciemno - i
proszę jak doskonale trafiła!
Po otworzeniu koperty moim zdumionym oczom ukazała się Sabrina Robótki,
kartka z życzeniami, oraz piękna, zrobiona na drutach serwetka oraz
szydełkowe serduszko. Obie rzeczy zrobione przez Splocika oczywiście.
Serduszko zdobi teraz kluczyk do szkatułki z biżuterią, a serwetka
znalazła swoje miejsce na komódce w sypialni poza zasięgiem lepkich i
często niezbyt czystych łapek Hultajstwa.
Drugą niespodziankę sprawiła mi Kasia przysyłając książkę (przyszła dokładnie w dniu urodzin): Przekleństwo Adama by Bryan Sykes.
A na koniec prezent, który zrobiłam sobie sama. Jako osoba bardzo mocno
uzależniona od dziergania, kilka dni temu zamówiłam sobie włoczkę - z
okazji urodzin. Bo dla nałogowca każda okazja jest dobra, żeby nabyć
używkę, prawda? Oto ona:
Okruchy (2007-12-14)
Kiedy gdzieś idziemy z Bobasem, lubię trzymać Go za rączkę. Uwielbiam
czuć te jego malutkie cieplutkie paluszki zaciśnięte na moich palcach.
Niesamowicie rozczula mnie, kiedy tak szybciutka przebiera swoimi
króciutkimi nóżkami, żeby dorównać mi kroku, chociaż ja wcale szybko nie
idę.
Lubię też, kiedy siada mi na kolanach oglądając bajki i
przytula się do mnie i tak sobie siedzimy razem na fotelu, Smyk ogląda
Krecika a ja czytam książkę.
A kiedy w nocy trzyma mnie za
palec i mocno się do mnie przytula to działa na mnie jak najlepszy lek
nasenny i termofor równocześnie.
Spotkamy się kiedyś (2007-11-01)
Tym, którzy czekają już na mnie u studni z wiecznie żywą wodą...
U studni
(sł. A. Ziemianin)
Spotkamy się kiedyś u studni
Wkoło będzie zielono.
Nasze żony będą odświętne,
Nawet wódkę wypić pozwolą.
Spotkamy się kiedyś u studni,
Takiej zwykłej z kołowrotem.
Woda w niej będzie chłodna
W świat uwierzymy z powrotem.
Spotkamy się u studni
Być może na drugim świecie
Bóg przecież jest łaskawy
I pewnie da nam tę pociechę.
Spotkamy się kiedyś u studni
Z wiecznie żywą wodą
Bellona też zaprosimy
On przecież będzie polewał.
Spotkamy się u studni
I będzięmy znów tacy młodzi
Nasze żony będą odświętne
Nam wódka nie będzie szkodzić.
Babcia (2007-05-29)
Zmarła moja babcia. Miała 93 lata i w marcu, kiedy byliśmy w Polsce, poznała mojego Smyka, swojego prawnuka.
Widzieli się tylko jeden raz.
Nie mogę polecieć na pogrzeb.
Dedykuję Jej wszystkie kwiaty nazbierane obiektywem mojego aparatu w ciągu kilku ostatnich dni.
Liście (2006-11-08)
... są wszędzie. Uwielbiam idąc szurać nogami i słuchać ich miękkiego
szelestu. Kocham przekopywać się przez te złoto-czerwono-brązowe góry.
Nawet ich grabienie sprawia mi przyjemność.
Smętnie w ogrodzie (2006-11-03)
W nocy po ogrodzie przechadzała się zima. Swoim mroźnym oddechem zgasiła
wszystkie wspomnienia lata. Jeszcze wczoraj oczy cieszyły
słoneczno-pomarańczowe nasturcje i aksamitki. A dzisiaj
ich delikatne listki i kwiatki leżą smętnie na ziemi i straszą.
Magia (2006-10-31)
W nocy był przymrozek, temperatura spadła poniżej -4 stopni, natomiast ranek wstał piękny słoneczny, oszroniony. Liście spadały z drzew i wirowały na wietrze jak wielkie płatki śniegu. Złote, czerwone tańczyły na tle błękitnego nieba. Totalna magia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Coś się kończy, coś się zaczyna (2011-05-25)
Moi mili czytelnicy! Nie sądziłam, że przyjdzie mi poczynić tego typu wpis, ale jak wiadomo, życie szykuje różne scenariusze, n...
















