Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smykowe opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smykowe opowieści. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 marca 2018

Moje zwierzątko (2011-05-20)

Dziecięciem będąc, zanudzałam mamę prośbami o jakieś zwierzątko - kotka, pieska, chomika, świnkę morską.
W swoich prośbach nie byłam osamotniona - wtórował mi młodszy brat.
Mama w końcu uległa na tyle, że pozwoliła na rybki. Popularne gupiki miały się dobrze, nawet się rozmnażały - do czasu, kiedy zepsuła się grzałka i rybki skończyły jako zupa rybna.
Los jednak spłatał nam niespodziankę: kiedy pewnego bardzo mroźnego dnia wyrzucona przez kogoś psina oszczeniła się nam pod drzwiami, mama pozwoliła przygarnąć biedactwo z piątką przychówku. Psinka dostała imię patronki dnia, w którym los się do niej  uśmiechną - Agata.
Kochaliśmy Agatę bardzo, ale tak samo bardzo, albo jeszcze bardziej nie chciało nam się wychodzić z nią na spacery, zwłaszcza w weekendowe poranki i w deszczowe dni. I mimo upływu lat doskonale pamiętam, że ten kochany skądinąd obowiązek momentami dość nam ciążył. Po latach przyszło zrozumienie dla niechęci mamy dla domowych zwierzątek - dzieci kochają, obowiązek na głowie mamy. Jakby innych miała mało...
Historia zatoczyło koło - Smyk co jakiś czas domaga się zwierzątka: kotka, albo pieska, albo chomiczka...
Ja, jak moja mama przed laty, bronię się jak mogę.
Póki co, Hultajstwo zbytnio się nie upiera, wynajdując sobie zastępcze zwierzątka, najczęściej pluszaki.
A w miniony weekend, kiedy w sobotę ja pracowałam w ogródku, Smyk znalazł sobie takie oto zwierzątko:


Przyszedł do mnie i oświadczył:

- To jest my pet, moje zwierzątko!

I nawet chciał je pocałować, ale udało mi się mu to wyperswadować.
"Zwierzątko" na szczęście zamieszkało... w ogródku, a wyzwolone z objęć Hultajstwa, odpełzło w sobie znanym kierunku, niepomne na tęsknotę dziecka...
No może nieco przesadziłam z tą tęsknotą - Smyk szybko zapomniał o obiekcie swoich uczuć, ku zadowoleniu mamy, tata, i jak przypuszczam, samego zainteresowanego zwierzątka też.

Zabójcza Kelly (2011-05-12)

Pisałam jakiś czas temu, że ukochana pani przedszkolanka Smyka wzięła trzymiesięczny urlop bezpłatny. Na jej miejsce została przyjęta nowa pani - Kelly.
Przez pierwsze dni Smyk miał problem z zapamiętaniem imienia nowej pani - z uporem maniaka nazywał ją Killy.
Pewnego dnia po przedszkolu, kiedy wsiadaliśmy do samochodu i kiedy zapinałam Hultajswu pasy, ten zadał mi pytanie:

- A kiedy ta nowa pani nas wszystkich pozabija?
- Co?
- Pozabija! No kiedy!
- Ale dlaczego miałaby was pozabijać?
- No bo Killy - KILL. [kill = zabić, zabijać] 
- Aaa! Pani ma na imię Kelly, nie Killy, i nie pozabija was.
- Killy...
- Kelly!
- Killy...
- KELLY.
- Killy...
- KELLY!!! Przez E!
- Aha, Killy...

Ale minęło kilka dni i Mały załapał.
Tylko teraz ja, ilekroć myślę o Kelly, uśmiecham się pod nosem mrucząc Killy Kelly.

Zakładka (2011-05-10)

Jeszcze jedna haftowa zakładka:


Haft w kolorze zielonym na kanwie rozm. 14, a co to za skrzydlaty stworek gra na flecie - nie mam pojęcia!

Ponowna wizyta Tooth Fairy (2011-05-09)

Minionej nocy ponownie odwiedziła nas Tooth Fairy czyli Zębowa Wróżka - wczoraj wieczorem Smyk pożegnał się z drugim mleczakiem. Tym razem to tata dostąpił zaszczytu wyciągnięcia zęba przy wieczornym myciu.
Dzień wcześniej Hultajstwo zaliczyło wypadek na trampolinie: spadł i trochę się potłukł. Jak to zrobił - nikt tak dokońca nie wie, choć świadków zdarzenia było wielu, i jak łatwo się domyślić, każdy przedstawia inną wersję.
Smykowi trochę lała się krew z nosa, ale tylko odrobinkę. Z pewnością mocniej uderzył się w nogę.
Z obserwacji powypadowej wynika, że upadek nie był groźny. Chwiejący się na wszystkie strony ząb pozostał oczywiście nietknięty. Jak i wszystkie pozostałe zęby. Ale i tak nieźle się zdenerwowałam, a Smyk przestraszył. Strach Bąbla nie trwał dłużej nież pół godziny i Hultajstwo znowu hasało na trampolinie...

Na przedszkolnym placu zabaw (2011-05-06)

Kilka tygodni temu Smyk ostatecznie i tak do końca polubił przedszkole.
Przez kilka dni z rzędu wyrażał głębokie niezadowolenie z faktu, że przyszłam po niego tak wcześnie!
A na przedszkolnym placu zabaw jest przecież tak fajnie!
I lepiej niż w parku, bo ma się do towarzystwa kolegów i koleżanki.
Kończyło się to tym, że siedziałam sobie 45 minut i patrzyłam jak się bawią przedszkolaki.
Kiedy przyszło mi być jedynym widzem wywrzeszczanego występu wokalnego dwóch dziewczynek, które żyją w przekonaniu, że moje uszy wszystko zniosą, dałam sobie spokój, zmieniałam godziny pobytu Smyka (bez zmiany kwoty opłaty) i odbieram go teraz później.
A dziecko i tak bywa niezadowolone:

- Jutro przyjdź po mnie jak już będzie noc!

Dowcipniś.
Smyk ostatnio nauczył się sam huśtać na huśtawce i zażarcie trenuje nową umiejętność.
Najzwyklejsze stare opony samochodowe dostarczają pola do popisu jeśli chodzi o wspólną zabawę pięciolatków.


Nie tylko można poukładać opony jedna na drugą i schować się do środka.
Można oprzeć je o bok konstrukcji zjeżdżalni i zrobić tunel. Kolejka chętnych do przejściam takim tunelem bywa bardzo długa! Każde dziecko chce się uciorać przeczołgując się przez tunel z opon!
Chłopaki wymyślili sobie, że zrobią z opon schodki, po których dostaną się na gałąź drzewa, która jest jeszcze nieco za wysoko na ich możliwości wspinaczkowe. Potem zwisają na rączkach udając małpki.


Nowa pani pozwalam im na to, bo jak twierdzi Hultajstwo, she doesn't know the rules, czyli nie zna zasad panujących w przedszkolu. Jedna z tych zasad głosi, że nie wolno wspinać się na drzewa. A nowa panie nie wie, a małe szelmy raczej nie spieszą się, żeby ją w tej kwestii oświecić.
A jak znudzi im się skakanie po drzewie, zawsze zostaje stara jak świat, znana wszystkim dzieciom zabawa w lekarza:


W  tym akurat przypadku pacjent nie wykazywał oznak życia, ale mali specjaliści znaleźli na to sposób - łaskotanie tu i tam postwiło go na nogi w mgnieniu oka!
A kiedy pada deszcz, to dzieci wcale się nie nudzą!

Panie zwsze wymyślą coś ciekawego, na przykład Crazy Hair Day czyli dzień szalonych włosów.
Jakby postawionych i pomalowanch włosów było mało (dwa mycia nie pomogły na fiolet i musiałam w końcu wyciąć małą kępkę) to jeszcze panie wymalowały dzieciom buźki - wedle życzeń!

Pytanie (2011-05-05)

Wczoraj, w drodze powrotnej do domu, Smyk, zajadając pomidorki koktajlowe, tak ni z gruszki ni z pietruszki zadał mi pytanie:

- Mama, co to znaczy żyć?

Zielony zawrót głowy (2011-04-29)

Już od kilku lat tak się składa, że co święta (Wielkanoc czy Boże Narodzenie) to u nas pada, leje, siąpi albo mży - pogoda do bani! Póki dzecięcia nie było, albo był malutki, nie miało to większego znaczenia. Ale odkąd Smyk podrósł i zaczął emanować energią, kiepska pogoda to dla nas kara za grzechy - trzymanie naszego Skarbu w domu przez cały dzień to ciężka próba cierpliwości rodziców.
Tak więc w niedzielę, mimo deszczu, wskoczyliśmy w kalosze, zabraliśmy ze sobą komplet parasoli i wybraliśmy się na spacer wzdłuż rzeki.



Już sam fakt, że Hultajstwo mogło pochodzić po kałużach w swoich ulubionych gumowcach-krokodylach i z czerwonym parasolem w ręku, wprawił Smyka w doskonały humor. Zamiast wyasfaltowanymi alejkami, przebijaliśmy się przez nadbrzeżne krzaki, starając się nie poślizgnąć i nie wpaść w co większe błotne bajorka. Spacerowiczów, jak można było oczekiwać, nie było zbyt wielu. Nikt więc nie przeszkadzał nam podziwiać piękna rozbuchanej wiosennej natury.


Nie wiem, czy nasionka zboża ktoś celowo rozsypał nad rzeką, czy przyniosły je ze sobą ptaki, faktem jest, że rośnie sobie na dziko przy alejce a my nie musimy jechać na żadną farmę, żeby pokazać dziecku jak wyglądają kłosy zboża.
Mimo deszczu, dzień wcale nie smucił szarością. Spacer przesycony był kolorami, i to nie tylko za sprawą naszych malowniczo kolorowych parasoli.
Było żółto:


Było niebiesko/fioletowo:


Było biało-różowo:


Ale przede wszystkim było zielono! Topole pachniały tak intensywnie, że chwilami kręciło się w głowie.



Czas szczerbatych (2011-04-28)

Jakieś dwa tygodnie temu zaczął się Smykowi ruszać pierwszy mleczak - dolna jedynka.
Wydaje mi się, że to trochę za wcześnie, ale z drugiej strony pierwsze mleczaki wyszły Smykowi kiedy miał zaledwie cztery miesiące, więc może  tak musi być w jego przypadku.
Dentysta (akurat dzisiaj byliśmy na czyszczeniu i fluorowaniu) twierdzi, że mimo, że większości dzieci pierwszy ząb wypada około szóstego roku życia, pięć i pół (wiek Smyka) mieści się w statystycznej normie.

Ząb ruszał się i chwiał coraz bardziej. Ta "nowość" w buzi nie dawała Hultajstwu spokoju, więc męczył biednego zęba wypychając go językiem, diagnozował stopień odchylenia paluszkiem.
Żartowaliśmy sobie z mężem wymyślając coraz to nowe sposoby na wyrwanie tego zęba: a to mąż udawał, że idzie do garażu po obcęgi, a to szukaliśmy sznurka, żeby zęba przywiązać, a drugi koniec przymocować do zderzaka samochodu. Ten pomysł bardzo spodobał się Hultajstwu:

- Tak jak w bajce o Reksiu!

W końcu, w sobotę wieczorem, ząb już trzymał się na słowo honoru. Złapałam palcami, pociągnęłam, i Smyk został oficjalnie Szczerbatkiem.
Jak wiadomo, mają Amerykanie swoją wróżkę od zębów, Tooth Fairy, która w nocy wyciąga spod poduszki straconego mleczaka, zostawiając w zamian jakiś prezent.
Nas też odwiedziła. Smyk w zamian za zęba, dostał malutki zestaw klocków Lego - widać wróżka wiedziała co Hultajstwu sprawiłoby przyjemność.
W niedzielę wielkanocną, o rezurekcyjnej porze (6.00), wtargnął Smyk do naszej sypialni, żeby podzielić się z rodzicami radosną nowiną:

- Tooth Fairy była!!!

"P" jak puzzle i inne projekty przedszkolne (2011-04-07)

Ulubiona pani przedszkolanka Smyka wzięła trzy miesiące urlopu bezpłatnego, żeby pomóc siotrze przy nowo narodznym bobasku - podobno taka tradycja u nich w rodzinie.
Po przedszkolu krążą plotki podszyte obawą, że pani może nie zechcieć wrócić do pracy. A szkoda by było, bo jest świetną nauczycielką. Poza rozwojem bardziej akademickich umiejętności dbała także o rozwój zdolności artystycznych swoich małych podopiecznych, a robiła to z ogromnym entuzjazmem i pasją.
Dzisiaj chciałam pokazać kilka przedszkolnych projektów plastycznych. Na początek motyl z rolki po papierze toaletowym, połówki jajka-niespodzianki, a skrzydła - z tapety:


Motyl przysiadł na wazonie z hiacyntem, który kilka dni temu nie wyszedł zbyt zwycięstko z kolizji z rowerkiem Smyka.
Kolejny projekt to Sowa, z papierowej torebki oklejonej kolorowymi piórkani.
Po włożeniu do środka ręki można poruszać spodem torebki, więc w zagięciu Smyk dorysował sowie język i pokazywał go wszystkim chętnym. Tym niechętnym też... Oczy sowy wklejone są w literki "o", jako że sowa po angielsku to owl.


Latem wszystkie dzieci robiły torby lekarskie. Ponieważ w czasie wakacji podział na grupy w zasadzie nie istniał, ze względu na mniejsze możliwości plastyczne młodszych dzieci, dzieci przyklejały wyposażenie torby: plasterki, patyczki, gaziki, waciki. Kilka miesięcy później, już tylko w grupie Smyka, każde dziecko ponownie zrobiło neseser lekarski, tym razem rysując zawartość:


Smykowy neseser został zalany wodą i nieco się rozmył, więc mogą być problemy z dokładnym określeniem co jest co.

Kilka dni temu dzieci przerabiały literkę "p".
"P" jak puzzle.
Każde dziecko dostało puzzle-półprodukt, czystą układankę, na której mogły narsować co tylko chciały a potem miały odwzorować napis "P is for puzzle". Zanim odebrałam Smyka, zdążył już zgubić dwie części swojej układanki (mimo że wszystkie części były w woreczku!), więc żeby mu nie było smutno dostał czystą układankę do wyrysowania do domu. Oto smykowe puzzle:


Na obrazku są kwiatki, słoneczko, a to brązowe to ptaszek.
I jeszcze raz ta sama układanka prezentowana przez dumnego Artystę:



Na zdjęciu Hultajstwo pozuje w czapce policyjnej - kolejnym projekcie przedszkolnym.


Niegrzeczny David (2011-04-05)

Kilka tygodni temu wszystkie dzieci w grupie Smyka dostały po egzemplarzu książeczki "No David!"
Książeczka opowiada o bardzo niegrzecznym chłopcu, który spóźnia się do szkoły, nie uważa na lekcjach, przeszkadza innym dzieciom, pisze po ławkach, aż w końcu doigrał się i musiał zostać za karę po lekcjach i wymyć wszystkie ławki.
Smyk żyje w przekonaniu, że jego ulubiona pani zrobiła tę książkę sama specjalnie dla niego i innych dzieci w grupie. Żadne tłumaczenia nie docierają, więc machnęłam ręką.
Hultajstwo uwielbia tę książkę. Zaraz po przyjściu do domu przeczytał ją sam.
Potem wieczorem jeszcze raz. Rankiem wtargnął do sypialni i przed siódmą rano przeczytał książeczkę tacie. Tata wrócił z delegacji w środku nocy, więc nie był świadomy wyczynu Potomka. Niezrażone Hultajstwo przeczytało tacie książeczkę jeszcze raz, kiedy tata już wiedział co się wokół niego dzieje. W tym momencie podejrzewałam, że dziecko zna już tekst na pamięć...
Smyk pęka z dumy, że on nie jest taki niegrzeczny jak David - szkoda tylko że zasobów posłuszeństwa wystarcza mu tylko na pobyt w przedszkolu, a po powrocie do domu Hultajstwu wyrastają różki i wychodzi z Niego mały diabełek.

Ponieważ tak ładnie poszło mu czytanie tej jednaj książeczki, postanowiłam sprawdzić jak to będzie z innymi. Wypożyczyłam kilka prostych acz zabawnych książeczek dla dzieci uczących się czytać i okazuje się, że Smyk całkiem nieźle sobie z nimi radzi. Co jakiś czas ma napad chęci czytania. Zazwyczaj nachodzi go wieczorową porą, kiedy zarządza zmianę czytania - to nie ja mam mu czytać ale on mi. I wtedy mógłby czytać... do rana! Ciekawe po kim to ma?

Piraci (2011-03-30)

Wypożyczyliśmy z biblioteki film "Piotruś Pan" (kreskówkę) - no i się zaczęło!
Która postać przemówiła najbardziej do wyobraźni Hultajstwa? No która?
Kapitan Hak oczywiście.
Nasz dom wzięli w swe władanie przerażający piraci. Stroją groźne miny, szczerzą zęby, wydają mrożące w żyłach krew okrzyki:


W pirackich szeregach łatwo o nieporozumienia, więc piraci toczą zażarte walki przeskakując z okrętu na okręt, z wyspy na wyspę (w roli okrętów i wysp - dywany i dywaniki, parkiet to woda).

Nieustanne boje wyciskają z moich piratów siódme poty, wybitnie poprawiając apetyt. Kiedy już piraci spałaszują posiłek, pora na odpoczynek. Kiedy Pirat-Hultajstwo nabierał sił przed kolejną potyczką, oddał się sztuce, rysując portret swojego koleżki:


(Rysunek dostała w prezencie mama - odnośny opis u góry, żeby nie było żadnych wątpliwości.)
Żeby było ciekawiej, wypożyczyliśmy też film z Dustinem Hoffmanem, Robinem Williamsem i Julią Roberts "Hak".
Era piratów przeżywa swój rozkwit...


Jajecznica (2011-03-25)

Przedwczoraj Hultajstwo oświadczyło mi, że pragnie zjeść na kolację scrambled eggs, czyli jajecznicę.
Najpierw upewniłam się, czy Smyk na pewno wie, czego żąda, bo do tej pory nie jadał jajek pod żadną postacią, chyba, że dobrze ukrytych w panierce, naleśniku itp. Pluł nimi na taką odległość, że mógłby spokojnie zdobyć mistrzostwo w zawodach plucia jajkiem na odległość, gdyby takowe były organizowane.
Ale ulubiona pani przedszkolanka zdołała namówić Smyka na spróbowanie jajecznicy, a że jego ulubiona koleżanka, albo raczej narzeczona, Verena lubi jajecznicę, zaczęła ona smakować i Hultajstwu. Ale na zimno.
Trochę się obawiałam, że nie sprostam zadaniu, że moja jajecznica zostanie uznana za gorszą od tej przygotowanej przez panią kucharkę przedszkolną, ale moje lęki okazały się bezpodstawne: tradycyjna jajecznica na masełku z odrobiną soli okazała się tym, czego oczekiwało dziecko.
Dzięki temu poszerzyło się nieco Smykowe, dość monotonne, menu śniadaniowo-kolacyjne.

A tak wogóle to okazuje się, że Hultajstwo ma dwie narzeczone w przedszkolu:
Verenę i Brielle
(w takiej kolejności)
...

Saneczkowe zamknięcie sezonu (2011-03-24)

W niedzielę wybraliśmy się na sanki - to już ostatni raz w tym sezonie.
Wprawdzie śniegu jest jeszcze bardzo dużo, ale odwilż panoszy się już na całego.
Na zdjęciu poniżej tabliczka oznaczająca początek szlaku - słupek, na którym osadzono tabliczkę, jest mniej więcej tak wysoki jak ja.


Snieg mokry, poślizg kiepski - idealne warunki dla uczących się jazdy na nartach: zjeżdżając tak powoli ma się wszystko pod kontrolą!
Niemniej jednak trochę poszaleliśmy na dętkach i sankach a potem poszliśmy na spacer nad wodospad.


Towarzyszył nam dźwięk kropel spadających z drzew w blasku pięknego słońca. Wspomnienia przeniosły mnie w czasy dzieciństwa, kiedy to, zanim zaczęliśmy chodzić z bratem do szkoły, co roku w marcu mama zabierała nas na dwa tygodnie do Rabki.
Tak właśnie pamiętam Rabkę: jeszcze białą, ale już wiosenną, szumiącą kroplami topniejącego śniegu, słoneczną...


Ciepło było, więc zgrzaliśmy się. Pozbywaliśmy się stopniowo kolejnych warstw pod kurtkami.
Smyk, jak to Smyk, nabijał tatę w butelkę bujając jak to strasznie bolą go nogi, a tata, jak to tata, dawał się nabrać i ciągnął sanki, na których leżał zadowolony Smyk.
Mokry śnieg świetnie nadawał się lepienia kul, więc trochę poćwiczyliśmy miotanie nimi do strumienia. Po takim machaniu Hultajstwo padło.


To zresztą widok typowy - ilekroć dochodzimy do wodospadu, Hultajstwo zalega na sankach, by po kilku minutach odzyskać siły i znowu tryskać energią.
Po powrocie do domu, sprzęt zimowy powędrował  na stryszek.
Dawno nie byliśmy nad oceanem, więc jak pogoda pozwoli, zapewne następny wyjazd odbędzie się w tamtym kierunku.

Samodzielność (2011-03-21)

Smyk pęka z dumy z powodu swojej dorosłości. Nieustannie podkreśla, że potrafi to czy tamto, że już nie jest dzidzia.
Czasem ten pęd do samodzielności miewa opłakane skutki - ale to chyba nie do uniknięcia.
Wczoraj wieczorem Hultajstwo udało się do kuchni oświadczając:

- Ty tu nie idź mama!

I zamknął za sobą drzwi.
Poszłam więc do męża i poprosiłam go, żeby poszedł do kuchni sprawdzić co tym razem Bąbel wymyślił, choć byłam przekonana, że pewnie chce cichcem poczęstować się lodem lub splądrować spiżarkę w poszukiwaniu czegoś słodkiego.
Mąż nie zdążył nawet wstać z krzesła, a Smyk sam pojawił się z żądaniem plasterka.
Na paluszku czerwieniła się kropla krwi.
Rana została opatrzona, poczym przeprowadziłam dochodzenie.
Hultajstwo postanowił sam ukroić sobie kromkę chleba, i częściowo mu się udało (w chlebie nacięcie sigało tak około dwóch centymetrów) - zanim nadkroił sobie palec.
Rana, na szczęście, nie jest ani głębok ani rozległa.

Planeta Ziemia (2011-03-14)

Oglądając piątkowe wiadomości doznałam szoku.
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie bezmiaru nieszczęścia w Japonii.

Wspomnienie tej czarnej wody, której nic nie jest w stanie zatrzymać, która porywa i niszczy wszystko na swojej drodze, wywołuje moje przerażenie.

Smyk przeważnie ogląda ze mną wiadomości - coś sobie rysuje czy bawi się obok. Minione dni nie różniły się u nas pod tym względem. Ale dziecko momentalnie wyczuwa, kiedy coś poruszy czy zmarwi mamę i tatę. Lęki rodziców wyczuwa momentalnie.
Wczoraj narysował taki oto rysunek:


Planeta Ziemia w oczach pięciolatka, ale nie o niedokładność w kształcie kontynetów chodzi. Zwróćcie uwagę na trzy krzyżyki. Jak poinformowało mnie dziecko, te iksy oznaczają miejsca, w które nie wolno chodzić bo:
  • pierwszy x oznacza miejsce gdzie są big waves (duże fale)
  • drugi x to miejsce gdzie są rekiny i wieloryby
  • trzeci x - tam jest earthquake (trzęsienie ziemi)
A dzisiaj rano Smyk zwierzył mi się, że miał minionej nocy brzydki sen  - śniła mu się powódź.

Perełka schowana w muszelce (2011-03-11)

Pisałam niedawno o dętce do zjeżdżania z górki, którą kupił mąż.
Dętka ta od miesiąca stanowi przedmiot zabawy Smyka w domu - śnieg, jak się okazuje, wcale nie jest konieczny żeby świetnie się bawić z wykorzystaniem dętki.
Okazało się, że mąż kupił dwie dętki, o czym nie powiadomił nas, ale pewnego dnia ja, dobra żona, postanowiłam popsprzątać bałagan w garażu, a zanim wyrzciłam karton, w którym przysłano dętkę, wyciągnęłam z niego fakturę, którą dokładnie przestudiowałam - i wyszło szydło z wora! Druga dętka została zaprezentowana rodzinie - natychmiast zarekwirował ją Smyk.

Dwie dętki - to dopiero jest zabawa!
Kilka pomysłów Potomka zostało natychmiast oprotestowanych przez rodziców - nie spieszy nam się z wizytami na pogotowiu a i miło by było zachować dętki w całości, żeby móc ich poużywać na śniegu.
Z dętek powstał domek, tor przeszkód, łódka, a na koniec muszelka, do której schowała się moja Perełka:


Jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką najwspanialszej, napiękniejszej, najdroższej Perły na świecie!

Senne koszmary (2011-03-04)

Pisałam wczoraj, że Hultajstwo przychodzi do mnie w nocy, jeśli śni mu się coś brzydkiego. A jakie są te dziecięce koszmary? Dzisiaj dwa, ostatnio zanotowane, przykłady:

  • Wszyscy w przedszkolu mieli lizaka tylko nie Smyk.
  • Nie było ani mamy, ani taty, ani innych dzieci, tylko Smyk i Verena (koleżanka z przedszkola) i straszny krokodyl, który chciał ich zjeść.

Dzisiaj, tuż przed budzikiem, Smyk też przyszedł. Nawet zaczął opowiadać co mu się śniło, ale kiedy przytulił się do mnie to zapomniał o sennym koszmarze. Zamiast tego sprawił mi komplement:

- Mama, ja lubie twoją skóle!
- Tak?
- Tak,  ona tak baldzo ładnie pachnie!

Przełom (2011-03-03)

W nocy z 22 na 23 stycznia bieżącego roku nastąpił przełom w kwestii spania Smyka.
Do tej pory sypiał ze mną – mąż unikał spania z Potomkime w jednym łóżku jak mógł. Przeszkadzało mu wiercenie się, kopanie, przemieszczanie.
Mi, paradoksalnie, nie – poza kopaniem.

Podczas odwiedzin u znajomych Smyk zauważył, że chłopcy (5 i 7 lat) mają piętrowe łóżko. Temat zaintrygował go:

- Mama a Ty wiesz, zie Michał i Mateusz mają piętlowe łóźko?
- Tak, wiem.
- A skąd Ty to wiesz?
- Przecież byłam u nich w pokoju i widziałam.
- A czy oni śpią w swoim łóziećku?
- Tak.
- Sami?
- Tak, sami.
- Bez mamy i taty?
- Bez.
- I nie boją się?
- Nie.
- Naplawde?
- Naprawdę!

Dyplomatycznie przemilczałam fakt, że Michał i Mateusz zasypiają jedynie w swoich łóżkach, a w środku nocy emigrują do sypialni rodziców i tak przesypiają resztę nocy – coś mi podpowiadało, że akurat tego Hultajstwo nie musi wiedzieć.

Myśl, że młodszy o cztery miesiące Michał śpi sam w swoim łóżku nie dawała spokoju Smykowi. Oświadczył, że on też będzie spał sam. Stwierdził, że już się nie boi.
Wieczorem sprawdziliśmy w praktyce jak to wygląda – po wieczornej lekturze, zostałam ze Smykiem aż zasnął.
Smyk smacznie przespał do rana, nie płakał, nie spadł z łóżka, nie przyszedł do nas (mąż skwapliwie skorzystał z opuszczonego przez Hultajstwo miejsca) – inaczej rzecz się miała ze mną, przyzwyczajoną do tego, że czuję i słyszę dziecko przy sobie.
Nie mogłam spać!
Ciągle wstawałam i sprawdzałam czy u Małego wszystko w porządku.
Przypominało to żywcem sytuację sprzed pięciu lat, kiedy Smyk był noworodkiem – wtedy też cały czas sprawdzałam czy aby oddycha w łóżeczku i w końcu wylądował w  naszym łóżku, żebym ja mogła spać spokojnie.

Po kilku kolejnych nocach przeszło mi, a Smyk nadal dzielnie śpi w swoim pokoju.
Udało mu się dwa razy spaść z łóżka – wszak mam zdolne dziecka – ale nie potłukł się na miękkim dywanie, poza tym najpierw spadła kołdra, a potem Smyk na nią.
Zdarza się, że kiedy obudzi się rano w weekend, przychodzi do nas, ale dzisiaj, kiedy  zajrzałam do niego o 6.30, leżał sobie w łóżku i bawił się zabawkami.
Zdarza się też, że sporadycznie przyjdzie do nas w nocy, kiedy jest chory czy śni mu się coś strasznego.

W zeszłym tygodniu poszliśmy o krok dalej.
Po zgaszeniu światła Smyk oświadczył, że mogę go zostawić samego i iść pojeździć na rowerku (stacjonarnym) – i zasnął sam.
I teraz tak robimy co wieczór.

W przedszkolu Smyk nie omieszkał pochwalić się swoją odwagą - okazało się, że wszystkie pozostałe dzieci w jego grupie albo wogóle śpią z rodzicami, albo przychodzą do nich co noc. A ja myślałam, że tylko my jesteśmy takimi nadopiekuńczymi rodzicami, nieodpowiedzialnymi do tego, bo zgodnie z zaleceniami amerykańskich pediatrów, dziecko od narodzin powinno spać osobno, w swoim łóżeczku.

A dlaczego czekałam z obwieszczeniem tej wiadomości tak długo? Dlatego, że zdarzało się wcześniej, że Smyk np. zaczął korzystać sam z toalety, a po dwóch tygodniach znudziło mu się i wróciliśmy do pieluch - na dość długo. Podobnych  przypadków było kilka, więc wolałam odczekać dla pewności.

Roboty Smyka i droid (2011-02-28)

Dać dziecku odpowiednie zabawki a samo zorganizuje sobie czas.
Pewnego dnia coś tam robiłam, przyplątał się Smyk, a że nie bardzo mogłam oderwać się od wykonywanej czynności, dałam Mu do łapek zielony papier z dziurkami (kiedyś miałam zamiar do czegoś go wykorzystać) i kilka mieniących się w świetle włochatych drucików. Smyk przyniósł sobie kilka czystych kartek, kredki, usiadł na podłodze i zaczął tworzyć. Aż stworzył robota.
Potem w przedszkolu, w czasie, kiedy każde dziecko mogło bawić się jak chciało, zrobił jeszcze dwa podobne roboty. Teraz mamy całą rodzinkę: mama-robot, tata-robot i dziecko-robot!


W nowej pracy męża okazało się, że musi sobie zmienić telefon komórkowy na droida – takie wymagania! Pewnego dnia Hultajstwo przyłapał tatę na rozpracowywaniu gry na telefonie. Przez jakiś czas grali razem, to znaczy tata grał a Smyk zaglądał mu przez ramię kibicując.
A kiedy już się znudził tym przyglądaniem, zrobił sobie swój własny telefon komórkowy:


I teraz łazi za mną i pyta czy chcę zagrać w grę na jego telefonie. I w którą…
Nawet zabrał ten telefon do przedszkola, tylko zwierzył mi się, że nie powiedział pani, że jedna gra jest z czołgami, bo zgodnie z zasadą No weapons in school, nie można przynosić do przedszkola żadnych militarnych zabawek, a jak by nie było czołg do takich należy.
Smyk korzysta ze swojego telefonu także w bardziej tradycyjny sposób – "wydzwania" do taty siedzącego na drugim końcu kanapy, ot choćby po to, żeby mu powiedzieć, że mama powiedziała że już jest obiad i ma przyjść do kuchni.

A wypasiony samochód na pilota, który tata uparł się kupić dziecku pod choinkę, stoi zakurzony w kącie…

Bałwan (2011-02-16)

I pozamykali wszystkie szkoły i przedszkola w czwartek.
Padał śnieg z deszczem, a że było sporo powyżej zera, topniał bardzo szybko, ulice i chodniki były czarne, mokre, i z pewnością nie były oblodzone.
Do drugiej popołudniu trawa obeschła na tyle, że wyszliśmy do ogródka.
Hultajstwo właził na drzewo a ja zajęłam porządkami wiosennymi przed domem. Potem przenieśliśmy się za dom, gdzie najpierw mąż ze Smykiem bawili się w chowanego, a  potem Smyk wbiegał na zjeżdżalnię, ja tylko dawałam sygnał do startu.
Ja rozprawiałam się z chwastami – rosną pięknie!
Jednym słowem – dzieciaki miały piękny wiosenny dzień wolny od zajęć szkolnych.

Może to i dobry wpis, żeby zamieścić zdjęcie, zrobione miesiąc temu w górach:


Ponieważ tamtego dnia było bardzo ciepło, śnieg był mokry i dobrze się z niego lepiło kule, zrobiliśmy bałwana. Wyposażyliśmy go w sprzęt do słuchania muzyki, wykorzystując znalezione u podnóża górki słuchawki.

Coś się kończy, coś się zaczyna (2011-05-25)

Moi mili czytelnicy! Nie sądziłam, że przyjdzie mi poczynić tego typu wpis, ale jak wiadomo, życie szykuje różne scenariusze, n...