Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 marca 2018

Coś się kończy, coś się zaczyna (2011-05-25)

Moi mili czytelnicy!
Nie sądziłam, że przyjdzie mi poczynić tego typu wpis, ale jak wiadomo, życie szykuje różne scenariusze, nie zawsze według naszych życzeń czy oczekiwań.
Jakiś czys temu komentowanie moich wpisów stało się mocno utrudnione dla pewnych osób. Zaczęłam dostawać maile zgłaszające problem, w końcu napisałam do administracji Wirtualnej Polski.
Doszło do wymiany kilku wiadomości, w końcu stanęło na tym, że:

"Problem ten wynika z funkcjonowania [...] systemu antyspamowego, który czasem nie pozwala na dodawanie komentarzy z danego IP ponieważ traktuje je jako spam."

Na moje pytanie:

"Czy oznacza to, że nie da się niczego w tej sprawie zrobić?"

Otrzymałam odpowiedź:

"Nie możemy zmienić ustawień naszego systemu antyspamowego."

Nie mogę pogodzić się z faktem, że wiele lubianych przeze mnie i cenionych czytelniczek nie jest w stanie komentować moich wpisów w sposób najprostszy a jedynie pisząc do mnie maila. Komentowanie jest ważną częścią życia blogowego a jeśli nie życzyłabym sobie znać Waszych opinii, po prostu wyłączyłabym tę opcję. Trudno mi wyobrazić sobie tak przedziwny zbieg okoliczności, w którym tyle Autorek znanych mi blogów zostało zakwalifikowanych przez system antyspamowy jako zagrożenie.
Czuję się zmuszona do przeniesienia na inny portal.
Niniejszym zapraszam w nowe miejsce:



Póki co, zgrzebnie, skromnie - jak to zawsze na początku.
Z czasem mam nadzieję zagospodarować się nieco, nadać bardziej osobisty, motylkowy charakter.

Ciążko mi się przenosić. Jestem sentymentalna, przywiązuję się do miejsc, nawet tych wirtualnych.
1667 dni w Okrucha to kawał czasu - 4.5 roku... 165000 odwiedzin, spore archiwum życiowych okruchów, dorastania Smyka, moich robótkowych wypocin...
Ech... żal, żal...
Cóż zrobić...

Ptactwo (2011-05-02)

Na wielkanocnym spacerze nie tylko syciliśmy oczy kolorami kwiatów. Czekały na nas niespodzianki tak nieoczekiwane, że nigdy bym nie pomyślała, że do takich spotkań może dojść na zwykłym spacerze. A wszystko za sprawą ptactwa.
Kaczek, gęsi, a nawet mew jest u nas sporo i ich widok nikogo nie dziwi.
Ale widok stadka czapli - tak!


Przez chwilę obserwowaliśmy kolonię czapli modrych. Tutaj trochę informacji na temat czapli modrej.
Inni obserwatorzy twierdzili, że para ma na drzewie gniazdo z młodymi - tych akurat nie udało nam się zobaczyć ani usłyszeć, więc nie wiem czy to prawda. W każdym razie, trochę się działo w okolicach czubka drzewa, czaple latały wokół, lądowały, startowały, prezentowały czuby i wdzięcznie wyginały szyje. Udało mi się nakręcić krótki film, choć jakość nie najlepsza, bo przy dużym przybliżeniu a bez statywu trudno mi było utrzymać rękę w bezruchu.


Pierwszy raz w życiu widziałam czaple w takiej ilości i z tak bliska.
Ale to widok innego ptaka wprawił nas w osłupienie. Wprost oczom nie mogliśmy uwierzyć, kiedy na swej drodze spotkaliśmy przechadzającego się wolnym krokiem pawia!


Pawia, który wogóle się nas nie bał - udało mi się podejść na odległość metra i dopiero wtedy ptak odchodził niespiesznie w swoją stronę.
Niestety, nie raczył zaprezentować piękna ogona w całej krasie, ale nawet ze złożonym wyglądał pięknie.




Po prawie dwugodzinnym spacerze, mama i tata byli skłonni wracać do domu, ale Hultajstwo nadal wykazywało nadmiar energii. Rodzice usiedli więc na ławeczce i zażartowali z dziecka, żeby złapał kaczkę. Dziecko dało się wpuścić w maliny ale jak łatwo się domyślić, kaczki złapać mu się nie udało. Za to trochę sobie pobiegał i ostatecznie zmęczył się, a o to przecież chodziło. Tutaj filmik.

W pogoni za jajem czyli Egg Hunt 2011 (2011-04-26)

W wielkanocny piątek zafundowałam sobie wolne od pracy zarobkowej. Doszłam do wniosku, że jeżeli mam zrobić wszystko to co trzeba i jeszcze mieć siły i radość aby świętować, potrzebny jest mi dodatkowy wolny dzień.
Miałam też cichą nadzieję, że kiedy już uwinę się ze sprzątaniem, praniem, gotowaniem i pieczeniem, to uda mi się przed odebraniem Smyka z przedszkola wygospodarować chwilkę na jakieś przyjemności.
Pralka postarała się, żeby na żadne przyjemności nie wystarczyło czasu. Właśnie w piątek postanowiła zbuntować się i zalać całą kuchnię. Zepsuł się czujnik odcinający wodę, która lała się i lała szerokim potokiem, aż było jej w kuchni po kostki. Dzięki temu podłogę w kuchni miałam tak odmoczoną, odszorowaną, doczyszczoną i błyszczącą na święta jak jeszcze nigdy! Nie opłaca się tej pralki naprawiać bo koszta byłyby zbyt wysokie w stosunku do kosztów zakupu nowej pralki, więc jeszcze tego samego dnia udaliśmy się z Hultajstwem na zakupy i kupiliśmy nową pralkę, którą dostarczą nam za dwa tygodnie. Do tego czasu czeka nas frajda korzystania z pralni publicznych. Dobrze, że jest ich w okolicy sporo.
Po takim atrakcyjnym wstępie, reszta świąt siłą rzeczy musiała być miła.
W sobotę dopisała nam pogoda - było tak ciepło, że można było biegać z krótkim rękawem! Nawet Smyk rozkoszował się ciepłem promieni słonecznych zapadając w letarg na huśtawce:


Na trzecią umówieni byliśmy z polskimi znajomymi na Egg Hunt, czyli zaadaptowaną na nasze potrzeby amerykańską tradycję wielkanocną.
Wszyscy stawili się w komplecie: 9 dorosłych + 12 dzieciaczków.
Plastikowych jaj nafaszerowanych różnościami było około trzystu, czyli  tyle, żeby dla wszystkich dzieci było więcej niż wystarczająco. Trochę zajęło rozrzucenie ich po ogrodzie, potem trzeba było jeszcze przypilnować, żeby do wyśigu po jaja wszyscy wyruszyli razem.

Na dane hasło, ruszyli!
Jaja znikały w koszykach w takim tempie, dzieciaki biegały z taką szybkością, że prawie wszystkie zdjęcia wyszły zamazane.
W tym roku nie trzeba było pomagać Smykowi ani trochę. Intuicyjnie wybrał trasę najbardziej obfitującą w jajka i nazbierał ich tyle, że wypełniły po brzegi koszyk.


Kiedy już wyzbierano wszystkie jajka, odbyła się mała sesja fotograficzna - wszystkie rodzinki uwieczniały się z pociechami i koszykami wypełnionymi jajkami, równiż na tle ślicznej rabatki przed domem znajomych, u których w tym roku się spotkaliśmy.

A potem, już w środku, dzieciaki zajęły się sprawdzaniem co też mamy ukryły w tych jajkach, a w tym roku słodyczy było mało a drobnych zabaweczek sporo, więc kiedy wszystkie jajka zostały wybebeszone, nasatąpiła wspaniała zabawa.
Co jakiś czas chłopaki wybiegały za dom, żeby poskakać sobie na trampolinie.
A rodzice oddali się życiu towarzyskiemu.
Było miło, czas minął zbyt szybko i trzeba było zbierać się do domu.
W drodze powrotnej zaczęło padać...




Imprezowa sobota (2011-04-11)

Wśród dzieci naszych znajomych zapanowała moda na urodziny na basenie.
W sąsiedniej miejscowości jest kompleks kąpielowy z basenami, brodzikami, falą, sadzawką z gorącą wodą, zjeżdżalnią - raj dla dzieciaków!
Hultajstwo po pierwszej takiej imprezie, już w styczniu zapowiedział, że jego urodziny (w listopadzie) też mają się tam odbyć.
W sobotę świętowaliśmy urodziny Michała.
W wodzie moczył się, pilnując Smyka, tata, bo ja odczuwam dość spory dyskomfort prezentując swoją tuszę w stroju kąpielowym. Pal licho wśród obcych! Ale wśród znajomych, przykro to przyznać, ale jestem najgrubsza.
Dzieciaki brykały w wodzie, tatusiowie ich pilnowali, mamusie pilnowały rzeczy a ja oddałam się robieniu na drutach - prawie cały rękaw machnęłam!
Po dwóch godzinach dzieci zostały wyciągnięte z wody - nie obyło się bez odrobiny przymusu, bo wcale na to nie miały ochoty. Ale okazało się, że kanapki przygotowane przez mamę solenizanta zniknęły w mgnieniu oka. Potem w podobnym tempie zostały spałaszowane wszystkie przekąski (winogrona, marchewki, orzeszki, rodzynki, cukierki, czipsy). Z ogromnego tortu nie zostało ani okruszynki. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby moje dziecko zjadło tak dużo w tak krótkim czasie...
A stolik, przy którym siedzieliśmy był tuż przy oknie z widokiem na nowiusieńki plac zabaw i wszystkie dzieci po kolei wyrażały pragnienie zabawy tamże. Kiedy więc zjedliśmy wszystko, przenieśliśmy się na plac zabaw.
Docukrzone dzieci nie wykazywały żadnych oznak zmęczenia po basenie, bawiły się tak pięknie w podgrupach wiekowych, że rodzice mogli sobie posiedzieć na ławce i porozmawiać. A że byliśmy w naszym starym sprawdzonym polskim gronie (z wyjątkiem dwóch chłopców i ich rodziców), więc czas mijał nam przyjemnie i szybko.
Za szybko.
W końcu zaczęło się ściemniać i trzeba było zbierać się do domu.
(Zdjęć nie będzie - nie miałam przy sobie aparatu.)

Urodzinowy poślizg (2011-03-16)

Dzisiaj, z ponad tygodniowym poślizgiem, o moich urodzinach.
Nie były świętowane hucznie, bo wtorek niezbyt temu sprzyja - dzień jednak, mimo że deszczowy, okazał się bardzo miłym.
Najpierw moi chłopcy zaskoczyli mnie nieziemsko. Kiedy o siódmej rano wyszłam z łazienki, czekali na mnie z kwiatami. Od każdego dostałam bukiet:


Kwiaty, poza różami,  trzymają się do dziś.

Ku rozczarowaniu Smyka tortu ze świeczkami nie było.
Za to  był prezent od męża, ale jakoś nie zainteresował on Hultajstwa.

W pracy też było miło.
Sekretarka wysyła wszystkim rano maila informując kto danego dnia obchodzi urodziny.
Przez cały dzień zaglądali do mnie koledzy i koleżanki z życzeniami, jedna koleżanka odśpiewała nawet Happy Birthday w stylu Marylin Monroe - koleżanka ma zdolności aktorskie i uśmiałyśmy się po pachy.
Dostałam też kilka kartek - może niewiele, ale za to od tych najbliższych sercu.

Były też prezenty! Od Splocika dostałam śliczyny obrazek z niebieskim motylem:


A do tego przecudną kartkę i dwa mini zestwy DMC:


 Dostałam też książkę i włóczkę. Osoby, które mnie obdarowały dobrze mnie znają i wiedzą co sprawi mi radość - świetnie dobrały prezenty.

Po pracy pojechaliśmy do włoskiej restauracji. Bardzo lubię lazanię, ale jej sama nie robię. Od jakiegoś czasu utarło się, że w dniu urodzin delektuję się lazanią właśnie.
Był też deser - znowu nie tort! Smyk ciągle jeszcze liczył na świeczki, ale w końcu pogodził się z faktem, że ich nie będzie tym razem. Na otarcie łez spałaszował deser i swój i taty.

Baaardzo miły dzień...

Za pamięć, życzenia przesłane tradycyjnie, elektronicznie, złożone w komentarzeach - bardzo dziękuję!



Światełka (2010-12-06)

Krok po kroku, krok po kroku,
Najpiękniejsze w całym roku,
Idą święta...




Idą, co słychać i widać wszędzie.
Bardzo lubię udekorowane światełkami domy. Wieczorna przejażdżka po okolicy to dla mnie taka sama radocha jak dla Smyka. Nasz dom stał wieczorami do tej pory ciemny i smutny - mąż był przeciwny wieszaniu światełek. Ale jak się ma w domu pięcioletnie Hultajstwo, to trzeba weryfikować swoje poglądy i przekonania. Smyk tak długo wiercił tacie dziurę w brzuchu, aż tata się ugiął i obiecał, że i nasz dom zamruga radośnie światełkami.

Mamie pozostało przypilnowanie, żeby z tą obietnicą nie stało się jak z dynią.
Dopilnowałam.

Zakładanie światełek trwało dwa dni, bo to a długość nie taka, a to kontakty nie działają, a to efekt niezadawalający. W końcu wszystko zostało przymocowane, dopasowane, ponaprawiane, i wczoraj przy zapadającym zmierzchu miała miejsce premiera nowych, świątecznych szat naszego domstwa.




Na zdjęciu widać tylko część domu. Na zdjęciu całości niewiele było widać, maleńkie żaróweczki gubiły się i zdjęcie nie oddawało wiarygodnie rzeczywistości.

Kolorowy blask światełek dociera do małych sypialni, sprawiając wrażenie, jakby w każdym pokoju stała mała choinka z zapalonymi  lampkami.

Kiedy mąż zawieszał sznury światełek, ja wygrzebałam z czeluści garażu wieniec adwentowy i inne zewnętrzne dekoracje, które zastąpiły te jesienne. W kuchni zawisły bożonarodzeniowe zasłonki. Swieca zapachwa zastępuje jeszcze nieobecną choinkę.
Idą święta, idą święta...





Naturalny środek nasenny (2010-11-12)

Odkurzając, natknęłam się na brudne skarpetki męża leżące koło łóżka.
Wołam męża, wskazuję jego fuzekle i pytam:

- Co one tutaj robią?!?
- Lepiej mi się z nimi zasypia...

Rodem z Chin (2010-06-23)

Ponieważ pogoda chwilowo uległa poprawie, po pracy/przedszkolu wybraliśmy się do parku. Wcześniej umówiłam się z koleżanką, że przybędzie ze swoimi pociechami w to samo miejsce o tej samej porze.

Chłopaki bawią się w piasku, córka koleżanki, "dorosła" dziesięciolatka, siedzi i przysłuchuje się rozmowie mam. Mamy siedzą na ławce obok piaskownicy i dzielnie dziergają.

W pewnym momencie, bawiąca się obok dziewczynka, może siedmioletnia podchodzi i zadaje nam pytanie:

- Are you from Chinese or something? (Jesteście z Chinki czy coś?)
- Do we look like Chinese? (Czy wyglądamy na Chinki?) - odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Yeah... (Tak...) - stwierdza rezolutne dziecko.

Ja trwam w osłupieniu - obie z koleżanką reprezentujemy wybitnie słowiański typ urody i dodam, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości, że rozmawiałyśmy po polsku - chińskiego nie  znamy.

- No. We're from here, Eugene. (Nie. Jesteśmy stąd, z Eugene.) - ucięła rozmowę koleżanka.
- Aha. -  I dziewczynka powróciła do przerwanej zabawy.

piątek, 30 marca 2018

Egg Hunt 2010 (2010-04-05)

Piątek, mimo że zaczął się niemiło, okazał się całkiem udanym dniem.
Po pracy i ostatnich zakupach zabraliśmy się z Hultajstwem za pisanki.
Wyglądało to tak, że ja wszystko przygotowałam, a Smyk wytrwale moczył ugotowane jajka w barwnikach. Nie interesowało go bardziej wyszukane ozdabianie, więc tylko na szybko napisałam białą woskową kredką na trzech jajkach Krzyś, tata i mama.
Jeszcze w czwartek upiekłam jedno ciasto, w piątek wieczorem sernik.

W sobotę gościliśmy u siebie znajomych z dziećmi na Egg Hunt.
Tradycję zapoczątkowała w ubiegłym roku nasza koleżanka.

Kiedy dzieci bawiły się w domu, zajączki, czyli mamusie, rozsiały po ogródku 120 jajek. 
Pogoda sprzyjała - nie padało.
Piątka dzieciaczków w mgnieniu oka wyzbierała niemal wszystkie jajka (kilka się ostało niezauważonych - w niedzielę wyzbierał je mąż).


A potem w domu zaczęło się otwieranie jajek i to dopiero była zabawa!
Umówiłyśmy się, że w tym roku w środku będzie jak najmniej słodyczy i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Kurczaki, dinozaury, miękkie piłeczki, plastiowe zwierzątka, korale - odkrywanie coraz to nowych rzeczy ukrytych w jakach bardziej ucieszyło dzieci niż kolejne słodycze.

 

45 funtów literatury dla dzieci (2010-02-23)

Nasi polscy znajomi wyjechali końcem sierpnia na rok do Polski. 
Nie wrócili, a właśnie wyjechali (wracają latem).
Byli tacy mili, że na czas swojej nieobecności pożyczyli nam książki swoich dzieci. 
Mogłam wybrać sobie wszystkie, jakie chciałam.

Po załadowaniu ich do wielkiego kartonowego pudła kolega postanowił je zważyć - sam był ciekaw ile tego może być. Wyszło 45 funtów czyli 20 kilogrmów.
Kiedy wkładał pudło do bagażnika mojego samochodu stwierdził, że z całą pewnością nie zdążymy tego wszystkiego przeczytać w ciągu roku.
Pół roku później mogę wszystkich zapewnić, że przeczytaliśmy wszystkie i to przynajmniej 3 razy każdą z książek. Niektóre, ulubione Smyka,  wiele więcej niż "tylko" 3 razy.

Do tej pory Smyk wolał książeczki z obrazkami - najlepiej żeby było ich duzio.
Wczoraj nastąpił przełom.

Przyniosłam wieczorem do łóżka "Kubusia Puchatka".
To ten sam egzemplarz czytany mi przez mamę - ma ponad 30 lat. 
Obrazki są, ale to tylko czarno-białe szkice i nie aż tak wiele. 
Z pewnością większość moich rówieśników doskonale pamięta to wydanie "Kubusia Puchatka".

Zaczęłam czytać. 
Smyk słuchał. 
Czytałam dalej a Smyk grzecznie leżał przytulony do mnie, zasłuchany.
Przeczytaliśmy dwa rozdziały.

Jak na Hultajstow - to NIESAMOWITE osiągnięcie.

Przez łzy /2009-12-26"


Chrystusie...(Julian Tuwim)

Jeszcze się kiedyś rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę,
Chrystusie...

Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Ciebie zobaczę,
Chrystusie...

I taką wielką żałobą
Będę się żalił przed Tobą,
Chrystusie...

Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy serce mi pęknie,
Chrystusie...

Implant (2009-11-13)

Tydzień temu wstawiono mi w miejsce wyrwanego rok temu zęba implant.

Na godzinę przed planowaną wizytą połknęłam otrzymaną wcześniej od dentysty tabletkę walium, więc kiedy mąż dowiózł mnie do gabinetu, było mi już wszystko jedno.

Potem popodłączano mnie do różnorakiej aparatury monitorującej co trzeba, wstrzyknięto w żyłę odpowiedni środek, a kiedy odzyskałam przytomność, było już po wszystkim. Nad moim bezpiecznym "snem" czuwały aż trzy pielęgniarki!

Pamiętam natomiast doskonale instrukcje, jakie otrzymał od dentysty mąż (w mojej obecności), że ma mi być tego dnia "pelęgniarką i rodzicem", nie pozwolić mi nic robić poza leżeniem na kanapie i otoczyć wszelką możliwą opieką.

Mąż bardzo się tym przejął, więc resztę dnia przeleniuchowałam. 
Obejrzałam film, a kiedy literki przestały mi się rozmazywać przed oczami, czytałam, czytałam i czytałam.

Niestety przez kilka dni chodziłam lekko opuchnięta i nieco obolała, ale dzisiaj już nic mi nie dolega. We wtorek idę do kontroli i na ściągnięcie szwów, a po upływie 120 dni będę mogła założyć koronkę.

Poniżej, dzielę się z Wami rysunkiem, który wykonał przy mnie odręcznie dentysta, wyjaśniając procedurę wstawiania implantu.

Kiedy zaczął tak równiutko rysować te wszystkie ząbki, poczynając od tego z numerem 20, to mi opadła szczena z podziwu  dla jego zdolności plastycznych i nie mogłam się skoncentrować na treści przekazu. Prawda, że rysunek wygląda jak rycina z książki?
 
 

Remontowo - osłona druga (2009-07-28)

Jeszcze kilka słów na temat "remontu,"
Zasadniczy remont toczy się od marca (!) w pokoju "gościnnym". 
Ale że goście nie walą do nas drzwiami i oknami (mimo licznych zaproszeń z naszej strony), remont ciągnie się jak flaki z olejem od przypływu do przypływu natchnienia męża. 
Ponieważ pokoju tego nie używamy, więc zamykam drzwi i udaję, że go nie ma. 
I nie denerwuję się.

I tak od marca zostały zerwane stare płyty ze ścian, położone nowe a następnie wygipsowane, wyszlifowane (x2), pokój został wymalowany i nadszedł czas na remont podłogi.

Przy okazji postanowiliśmy naprawić fragment podłogi przy drzwiach wejściowych. Poprzedni właściciele domu zlikwidowali parkiet i położyli tam płytki winylowe:
 
 
Od samego początku bardzo się nam to nie podobało i wiadomo było, że z czasem położymy tam parkiet. Okazja nadażyła się, więc robota ta została dołożona do cyklinowania podłogi w pokoju gościnnym. 
 
Ale powstał problem: po położeniu tego kawałka parkietu ile trzeba wycyklinować -wokół żeby to dobrze wyglądało?
I tak wycyklinowaliśmy całą podłogę w całym domu poza pokojem Smyka i sypialnią (i tymi pomieszczeniami gdzie parkietu nie ma).
 

Trochę widać różnicę między starymi klepkami a nowymi, ale po rozłożeniu dywanów nie rzuca się to zbytnio w oczy.
Poza tym z czasem nowe klepki powinny nieco ściemnieć.

Podłogę kładł nam i cyklinował nasz bardzo dobry znajomy i muszę przyznać, że zrobił to pokazowo. Nie ma się do czego przyczepić - i nie chodzi tu o niedoschnięty lakier. 

Mamy sąsiada, który jak coś jest świetnego to tym bardziej szuka dziury w całym i powodu do krytyki.

Kiedy kupiliśmy samochód, stwierdził, że mu się nie podoba i że on takiego by nie kupił, bo ma brzydki kolor (granatowy) i latem będzie się bardziej nagrzewał od słońca.

Sąsiad chodził po tej nowej podłodze i chodził. Zajrzał do każdego kąta i ... nie znalazł niczego do czego by się mógł przyczepić - był niepocieszony!
 

Remontowo - osłona pierwsza (2009-07-27)

Tak jak obiecałam - dzisiaj kilka słów o remoncie, a raczej konsekwencjach mieszkaniowych z nim związanych.
Ponieważ cyklinowaliśmy (rączkami znajomego, nie własnymi) podłogi w części dziennej domu oraz jednej sypialni, pomieszczenia te trzeba było opróżnić.

Hultajstwo szalenie wczuł się w rolę i pomagał nam jak mógł, głównie wchodząc w paradę i plątając się pod nogami - ale to przecież nas nie zaskoczyło.

Dzielnie układał płyty CD i kasety (tak, posiadamy dość sporo takowych) w kartonach a potem usiłował sam je przenosić. 

Pomagał mi też zwijać dywany i usiłował je wynosić do garażu.

Kiedy odpoczywaliśmy z mężem, Smyk przybiegł do nas z nożem wyciągniętym z szuflady w kuchni oświadczając, że będzie nim przycinał folię do zabezpieczenia regałów z książkami.

A kiedy już wszystko zostało wyniesione, miał niesamowitą uciechę wciskając się w szczeliny pomiędzy kolumnami a rowerkiem, między różnymi stolikami a krzesłami, szafkami a pudłami. Często udawało mu się dotrzeć do upragnionego celu po meblach i/lub paczkach, czasami pod nimi. Pyszna zabawa! Toż to lepsze niż plac zabaw! 
Jeszcze trochę pamiętam z czasów dzieciństwa...

Ponieważ latem u nas nie pada, i prognoza pogoda nie przewidywała (i w dalszym ciągu nie przewiduje) żadnych opadów (poza opadającymi od upału kończynami, ale to się nie liczy), więc urządziliśmy sobie salon pod wielkim dachem nieba, czyli na tarasie:
 
 
Jak widać Smyk miał zapewniony dostęp do swojego ukochanego fotela, a tata do swojej umiłowanej wersalki (ach jak wspaniale mu się nad niej zasypia przed telewizorem!). 
O telewizorze ani odtwarzaczu też nie zapomnieliśmy.

Kiedy już dostęp do sypialni został odcięty świerzą warstwą lakieru, przenieśliśmy się częściowo do garażu:
 
W garażu przespałam z Hultajstwem kilka  nocy. Tata załapał się tylko na jedno spanie z pająkami bo był na delegacji (w tej części Oregonu, gdzie jest jeszcze cieplej niż u  nas). 

Tutaj też nieźle się urządziliśmy - mogliśmy oglądać bajki w łóżku! Gratka to nie lada, bo w sypialni telewizora nie mamy, i to się raczej nie zmieni. A w garażu - i owszem! 
 
 
Nawet dywan rozwinęłam, żeby w nocy nie biegać po betonie do toalety. 
Z garażu mamy bezpośrednie wejście do kuchi a przez kuchnię do toalety, więc w kwestii sanitariatów nie było żadnego problemu. 

Ale do prysznica był utrudniony dostęp - jedynie w godzinach wczesno porannych, przed położeniem kolejnej warstwy lakieru. W związku z tym kąpałam Smyka w garażu, w misce.

Mycie w misce okazało się absolutnym przebojem remontu, i Smyk tak je polubił, że istniało niebezpieczeństwo, że tak będziemy się kąpać przez kilka kolejnych miesięcy, ale na szczęście miska nie jest zbyt duża i żadną miarą nie da się w niej położyć na brzuszku i to przesądziło sprawę. 

W sobotę wróciliśmy już do sypialni, ale "salon" nadal mamy częściowo na tarasie, częściowo w garażu ponieważ lakier jeszcze nie stwardniał na tyle, żeby pownośić cięższe meble. A mąż znowu na delegacji, więc do soboty nic się nie zmieni. 

A ja zbieram się w sobie do sprzątania po tym remoncie. 
Szczególnie słabo mi się robi na myśl o myciu okien, zwłaszcza, że w tym tygodniu znowu ma być 35-38 stopni w cieniu...

 

Infekcja (2009-07-24)


Lato w pełni, żar leje się z nieba a mnie powaliła na łopatki jakaś infekcja.
Takiej gorączki nie miałam od czasów liceum, czyli niemal od dwudziestu lat.

W pracy zasugerowano, żebym poszła sprawdzić czy  nie mam świńskiej grypy, dodając optymistycznie, że jestem w takim przedziale wiekowym, że powinnam przeżyć.

Udało mi się odebrać Smyka z przedszkola i dotrzeć do domu o własnych siłach, ale jak już padłam na wersalkę, to tak zostałam. Zmobilizowałam się jedynie, żeby wstać i dać dziecku jeść, pić a potem umyć zęby i przebrać w piżamę.

Szczegółów Wam oszczędzę, bo już mi lepiej - chociaż w głowie nadal tak dziwnie szumi i huczy i ciągle jeszcze najlepiej mi w pozycji leżącej.

Oczywiście trafiło mi się to, kiedy mąż był na delegacji - ja choruję wyłącznie wtedy kiedy Go nie ma w domu...
Dodatkowo mamy w domu mały remoncik - cyklinowanie podłóg, więc od poniedziałku mieszkamy sobie w garażu.

Remoncik dobiega powoli końca, dzisiaj ostatnie malowanie lakierem a potem to już tylko sprzątanie...

O remoncie będzie kiedy indziej, bo sił dzisiaj wystarczyło mi jedynie na poinformowanie Was o przyczynach mojego milczenia.

Niecodzienne spotkanie na rogu Olive i Grandview (2009-07-02)

Wracamy przedwczoraj ze Smykiem  z przedszkola, jak zwykle skrótami czyli boczną drogą przez osiedle domków i dobrze, że choć było z górki to nie pędziłam na złamanie karku bo pewnie bym nie wyhamowała, kiedy tuż przed maską samochodu z gracją weszła mi na drogę sarna:


Przeszła sobie na drugą stronę, pomruczała coś tam do mnie, zapozowała do zdjęcia - niestety miałam tylko telefon komórkowy, aparat został w domu. A my stoimy na środku skrzyżowania jak te głupki i dziwujemy się widokowi nieudomowionego zwierzęcia w centrum miasta.

Sarna przeparadowała ponownie przed maską samochodu, a kiedy już była po drugiej jego stronie, zza żywopłotu wyłoniło się jej dziecię i razem odeszły w dół ulicy Grandview:

 
Wczoraj w pracy uświadomiono mnie, że taki widok w Eugene nie stanowi żadnego wyjątku a ci, którzy nie mają ogrodzonych posesji często muszą przeganiać sarny ze swoich ogródków, ponieważ lubią one dożywiać się tym, co tam posiane i posadzone. 
Nie tylko sałata im smakuje - kwiaty ozdobne podobno też...


Na miły początek tygodnia (2009-05-18)

Zazwyczaj nie zamieszczam na blogu żadnych kawałów czy dowcipów, ale tym razem nie mogę się oprzeć! Po prostu muszę się z Wami podzielić tym humorem z zeszytów szkolnych, bo czytając zaśmiewałam się tak, że aż mnie mięśnie rozbolały.

Wszak śmiech to zdrowie, więc czytajcie i śmiejcie się - na zdrowie!


PEREŁKI z wypracowań szkolnych

  • A do kotletów była sałata, którą mamusia przyprawiła potem.
  • Wojski przyłożył ucho do ziemi i usłyszał tupot niedźwiedzich kopyt.
  • Robak, ratując Tadeusza, strzelił do niedźwiedzia, który nie wiedział, że jest jego ojcem.
  • Rycerze urządzali teleturnieje.
  • Było ich tysiące, a nawet setki.
  • Pan Dulski był sterylizowany przez żonę.
  • Tatarzy jeździli konno i pieszo.
  • Boryna był teściem żony syna Antka Hanki.
  • Ludwik XIV był samolubem. Twierdził, ze Francja to ja.
  • W odróżnieniu od innych zwierząt ptaki maja nakrapiane jaja.
  • Biesiadowali przy suto zastawionych stolcach.
  • Po jednej stronie rynku naszego miasteczka stoi kościół, po drugiej stronie ratusz, a dookoła wybudowano same nowe domy publiczne.
  • Meteorolodzy wychodzą trzy razy dziennie oglądać swoje narządy.
  • Rodzicami Żeromskiego byli Józef i Wincenty Żeromscy.
  • Anielka mimo zakazu ojca kolegowała się z Magdą i świniami.
  • Kangur ma łeb do góry, dwie krótkie przednie kończyny, dwie tylne długie, a w worku ma brzuch na małego i długi ogon.
  • Jej córeczka Ania uśmiechnęła się pod wąsem.
  • Straszne były te krzyżackie mordy.
  • Bandyci wpadli do sklepu i wymordowali samoobsługę.
  • Kiedy Adam Mickiewicz zawiódł się na kobiecie, wziął się za Pana Tadeusza.
  • Przedstawicielem materializmu był Demokryt z Abwehry.
  • Górnik pogłaskał konia po głowie i cicho zarżał.
  • Faraona nosili w lektyce, a poddani padali mu na twarz.
  • Środkiem płatniczym w Rosji są wróble.
  • Królik posiada głowę, uszy i linienie.
  • Strażacy śpią w kalesonach i maja tam dzwonki alarmowe.
  • Wiedział, że w okularach jest mu do twarzy, dlatego nosił je zawsze w kieszeni.
  • Niektórzy Murzyni chodzą poubierani w nago.
  • Admirałowie są ubrani w marynarki wojenne.
  • Szlachta w 'Panu Tadeuszu' była bardzo gościnna, bo jak przyjechał Pan Tadeusz na koniu, to o nic się go nie pytano, tylko dano mu siana.
  • Królik jest tak oddany swym małym, że wyrywa sobie kłaki sierści z brzucha, żeby wyścielić im gniazdo. Który ojciec rodziny zdobyłby się na to? 
  • Jest nas dziewięcioro rodzeństwa, a oprócz tego tatuś pracuje dorywczo jako monter.
  • Ręka tego człowieka była zimna, jak ręka węża.
  • Służący doił krowę nad stawem, a w wodzie wyglądało to odwrotnie.
  • Makbet miał wyrzuty po mordzie. 

Pasażer na gapę (2009-05-11)

Majowe poranki i wieczory bywają dość chłodne. W takie dni rozpalamy w kominku, żeby przegnać chłód czający się po kątach.

Kilka dni temu, kiedy już Smyk miał wskakiwać do wanny, tata przyniósł do domu naręcze drewna z pasażerem, który załapał się na gapę:
 

 


Wydaje mi się, że to jakaś jaszczurka, ale jak się mylę to proszę mnie oświecić.
W każdym razie maleńkie to było, wytrzeszczało na nas oczka zamarłe w bezruchu, oczekując co zrobimy.
A my tylko pooglądaliśmy konkurując ze stworzonkiem w kategorii wytrzeszczania ocząt:
  


 
Zrobiliśmy kilka niezbyt dobrych zdjęć - wieczorem przy kiepskim świetle i do tego "obiekt" taki mały, więc aparat nie chciał złapać ostrości, a  nie chcieliśmy wystawiać cierpliwości Randala na próbę. Jakoś nikt (ani ja ani mąż) nie miał ochoty szukać tego po domu jakby jednak postanowiło salwować się ucieczką spod flesza.
Imię Randal to przez skojarzenie z jedną z postaci z filmu "Potwory i Spółka".

Zmiany (2009-03-10)

Miniona niedziela przyniosła kilka zmian, i nie chodzi mi tylko o zmianę cyferki jeśli chodzi o mój wiek. (A propos wieku - skończyłam 36 lat jakby się kto pytał.)

Najważniejsza zmiana dotyczy przedszkola Smyka. 

Kilka miesięcy temu pani dyrektor i odpowiednik polskiego komitetu rodzicielskiego podjęli decyzję o kupnie własnego budynku (do tej pory, od ponad dwudziestu lat przedszkole wynajmowało budynek). 

Nawet trafił się  odpowiedni obiekt, który wprawdzie wymagał adaptacji, ale za to był w o niebo lepszym stanie niż ten wynajmowany.

Pertraktacje oraz sprawy urzędowe trochę trwały, potem remont, inspekcje, stopniowe przewożenie wszystkich gratów i w końcu Wielkie Otwarcie, które odbyło się właśnie w niedzielę. 

Kto chciał, nie tylko rodzice, mógł przyjść i obejrzeć.

Sam budynek, stan, rozkład, teren przyległy dużo korzystniejsze w porównaniu do poprzedniego. Jedyny minus to to, że mam do niego 3 km dalej i to przez miasto.
Mówi się trudno.

Od kilku dni przygotowywałam Hultajstwo na tę zmianę, ale i tak w poniedziałek rano stwierdził, że on chce do starego przedszkola i prawie się rozpłakał. 
Na szczęście, kiedy go odbierałam, było już lepiej. 
Ale i tak od wczoraj wałkujemy temat DLACZEGO trzeba było przenieść przedszkole (bo stare było w złym stanie, mogło się zawalić, ubikacje się zapychały etc - no może lekko przesadziłam, ale to dla dobra sprawy) - teraz ilekroć ktoś wspomni słowo PRZEDSZKOLE, Smyk daje mu wykład na temat "Dlaczego przedszkole musiało się przenieść" powtarzając moje argumenty + dodając swoje własne popuszczając przy tym wodze wyobraźni...








Jeszcze jedna, dość znacząca zmiana niedzielna to zmiana czasu na letni. 
Ot taki drobiazg: w niedzielę rano wstałam i poprzestawiałam wszystkie te zegary, które same się nie przestawiają. Sprawa załatwiona, więc nie zaprzątałam sobie tym więcej głowy.

Wczoraj popołudniu mieliśmy jechać z Hultajstwem do kina na 2:10, więc wychodziłam z pracy święcie wierząc, że jest 1:30. Zajeżdżam do przedszkola, a w grupie Smyka dzieci siedzą przy stole i jedzą podwieczorek. Trochę mnie to zdziwiło, bo normalnie o tej porze to jeszcze śpią, ale co tam. 
Poganiam Smyka, żeby kończył i tłumaczę pani, że to dlatego, że jedziemy do kina na 2:10.

- Na 2:10? - pyta zdziwiona pani i dodaje - bo już jest 2:40.
- 2:40? - patrzę na nią jak na wariatkę.
- No tak, bo przecież zmienialiśmy wczoraj czas... - pani delikatnie wyjaśnia.
- No wiem, że zmienialiśmy czas bo przecież osobiście poprzestawiałam wszystkie zegary w domu ... poza tym w pracy... - właśnie dotarło do mnie.

Takie coś zdarzyło mi się PIERWSZY RAZ W ŻYCIU. Kto mnie zna - może potwierdzić. 
Ale za to kilka osób miało ubaw po pachy...

Do kina i tak pojechaliśmy, tyle, że załapaliśmy się na kolejny seans.

A dzisiaj rano przychodzę do pracy i pierwsze co robię to sięgam po zegar, żeby go przestwić i ręka moja zatrzymuje się w pół drogi bo na zegarze jest 8:30! 
Sprawdzam godzinę na komórce: 8:30! No co tu jest grane????

Okazało się, że nasza kochana recepcjonistka wczoraj o 16:45 przeszła się po całym biurze i poprzestawiała zegary. Wszystkie.

Ciasno (2008-12-31)


Ostatnio daje mi się we znaki brak przestrzeni w kuchni. 
A konkretnie to w szafkach kuchennych.

Moja kuchnia nie jest przecież taka mała - rozmiarami przypomina duży gomółkowski pokój, nie zakupiłam też ostatnio żadnego kuchennego wyposażenia, a jednak za mało miejsca w szafkach.

A to wszystko przez Hultajstwo! Zaanektował na własne potrzeby część półek, jakby mu było mało jego pokoju, naszej sypialni i pokoju dziennego:
 
Wnętrze szafki kuchennej

Ostatni dzień roku, więc wypadałoby zrobić jakieś mini posumowanie.

W 2008 roku:
  • przeczytałam 51 książek,
  • wykonałam własnymi rączkami 30 projektów robótkowych (kilka ciągle jeszcze czeka na prezentację), z czego jedynie 3 zaliczam do nieudanych,
  • przytyłam 2 kg (po kilku "jojach") i przyznam, że z tego powodu mam dzisiaj niezbyt dobry nastrój. Bo teraz to już wyglądam jak świnka Piggy. Tucznik. Warchlaczek. Ble!

Czyli, że tegoroczne postanowienie noworoczne będzie mało oryginalne: schudnąć.

Bo szczupły Motylek to:
  • Motylek powabny,
  • lepiej się czujący,
  • zużywający mniej włóczki na dziergadełka.

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

Coś się kończy, coś się zaczyna (2011-05-25)

Moi mili czytelnicy! Nie sądziłam, że przyjdzie mi poczynić tego typu wpis, ale jak wiadomo, życie szykuje różne scenariusze, n...